sobota, 7 listopada 2015

Spiesz się powoli...

Przeczytałam, że zwiększyła się akceptacja kierowców
dla fotoradarów i odcinkowego pomiaru prędkości.
Może to wynik rozsądniejszego umieszczania fotoradarów
bo ich ilość się przecież nie zmniejszyła.
Jestem kobietą kierującą, bywam też pasażerem.
Nie lubię szybkości i brawury.
Jednak kiedy pojawiły się fotoradary trudno mi było
pogodzić się z ich ilością i miejscami w których się pojawiały.
Wspaniałemu też się nie podobało ograniczanie "wolności"
zakupiliśmy wykrywacz radarów, dużo wtedy jeździliśmy
i wydawało nam się, że zwalnianie opóźnia dotarcie do celu.
Wraz z zakupem wykrywacza Wspaniałemu zdarzało się zaliczyć
mandat i punkty karne.
Pewnego dnia urządzenie się zepsuło i co się okazało, że od tego
czasu Wspaniały nie zapłacił ani jednego mandatu.
Jeździł wg przepisów i tyle.
Lubię ten moment, kiedy okazuje się, że nie miałam racji.
Tak było też z ograniczeniem prędkości w miastach do 50 km,
i zabieraniem prawa jazdy za szybkość.
Najpierw się żachnęłam "tak wolno to może 30 km na godzinę",
ale teraz jazda po mieście to pomijając korki - przyjemność.
Mniej nerwusów trąbiących na mnie, ponieważ z zasady
jadę zgodnie z przepisami tak mam.
Jeszcze trochę poprawek w ustawieniu znaków by się przydało,
ale generalnie nie czepiam się.
Kiedy jeszcze przypomnę sobie, że mogłam zostać bardzo
młodą wdową z dwójką dzieci i najmłodszego potomka
wcale by nie było to jestem za, za, za, za.
Inny temat to kształcenie kierowców i egzaminy na prawo jazdy.
Temat na czasie u mnie bo najmłodszy jest przymierzany
do bycia kierowcą, a mi skóra cierpnie.
Tak sobie myślę, że mnożenie trudności egzaminacyjnych nie
jest drogą do zwiększenia bezpieczeństwa na drogach.
Przepisy ruchu drogowego oczywiście powinny być wykute na blachę,
absurdalne pytania mam nadzieję, że znikają z bazy pytań.
Najważniejsza jest jednak jazda.
Dlaczego w mieście jest tak mało, albo w ogóle nie ma miejsc,
gdzie młody adept mógłby z osobą towarzyszącą poćwiczyć
jazdę samochodem nie koniecznie opłacając jazdy komercyjne.
A może tak zezwolić na drogach "czwartej kolejności odśnieżania",
poćwiczyć jazdę z opiekunem?
Może nie mam racji, ale wydaje mi się że ze względu na koszty
ludzie robiący prawo jazdy wykupują mało jazd z instruktorem
i tak naprawdę uczą się jeździć po zrobieniu uprawnień.
No i początkujący kierowcy, może wprowadzić obowiązek tzw czarnej skrzynki,
na której zapisywane byłyby parametry "lotu młodego kierowcy".
To naprawdę nie są drogie urządzenia. Problem jest tylko taki kto i kiedy
miałby odczytywać te parametry?
To chyba nie trafiony pomysł.
Tak sobie dumam jak po raz trzeci przejść przez fazę wyobrażania sobie
jak moje najmłodsze dziecko wyjeżdża na ulicę i co może z tego wyniknąć.
A może poczekać, aż pojawią się samojezdne samochody?
Kurodoma co ty gadasz?
Kiedy byłam młodsza i miałam mniej doświadczeń łatwiej mi przychodziło
panowanie nad wyobraźnią i kasandryczną stroną mojej natury.

                                     Zadziwiona Kurodoma

piątek, 6 listopada 2015

Byliśmy, jesteśmy, a może nie będziemy?

Dopóki najlepszy koalicjant dla wszystkich, będzie zasiadał w sejmie
dopóty nasza demokracja będzie kulawa i niedorozwinięta.
Mowa o wiecznej pannie na wydaniu, która po każdych wyborach
odzyskuje dziewictwo i gotowa do nowego mariażu cierpliwie
czeka na propozycje.
Wydaje się, że gdyby nie ta ochocza panna, która odda się każdemu
układ w sejmie musiałby się zmienić, demokracja miała by szansę
dojrzeć.
Partia wygrywająca wybory musiałaby rozmawiać z opozycją,
omawiać swoje projekty zmian, zyskiwać zwolenników, przekonywać,
a nie negować wszystko co wyjdzie z wrażych ust - bo i tak mamy
większość i przegłosujemy.
Brak dialogu ludzi o różnych poglądach to grzech główny
klasy politycznej i to grzech, który przenosi się na społeczeństwo.
Przez dyskusję wypracowuje się lepsze rozwiązania, nie ilość, ale
jakość stanowionego prawa, to powinno być priorytetem rządzących.
Nikt nie ma monopolu na dobre rozwiązania i dotyczy to dokładnie
wszystkich partii, które zasiadały, zasiadają i będą zasiadały
w sejmie.
Obecnie dialog polityków polega nie na przekonywaniu, a na negacji,
wyśmiewaniu, przekrzykiwaniu i nie słuchaniu "przeciwnika".
A przecież i ten wyborca z PO i ten z PiS, i ten z każdej innej partii
to jest współobywatel i nie można go zmuszać do wewnętrznej
emigracji tylko dlatego, że zagłosował nie na tych którzy w danej
chwili maja jakże chwilową większość, przez to we własnym
przekonaniu monopol na jedyną prawdziwą - prawdę.
Dzięki ludowcom spod znaku zielonej koniczynki zawsze jest szansa
na stworzenie większości i zepchnięcie opozycji do okopanej na
pozycjach obronnych mniejszości.
Przez to ta część społeczeństwa, która głosowała na kogoś innego
niż partia rządząca też przechodzi do opozycji i podział w społeczeństwie
się pogłębia i betonuje.
Obecnie sytuacja tylko pozornie jest inna PiS ma większość na razie
stabilną, ale jednak jest w koalicji, gdyby pan Gowin lub pan Ziobro
zaczęli podnosić się z klęczek, zawsze w odwodzie jest wieczna panna
na wydaniu chętna oddać się każdemu bez względu na to czy jest
konserwatystą, socjalistą, lewicowcem, lewakiem, liberałem i czort
tam wie kim jeszcze.
Ciągle mam w oczach prezesa Piechocińskiego padającego na kolana
przed aktywem swojej partii po wyborze na przewodniczącego.
Obraz i śmieszny, i straszny jak obraz zielonej czterolistnej koniczynki
wiszącej nad sejmem.

                              

                                                                Zadziwiona Kurodoma

czwartek, 5 listopada 2015

Jęzor.

Jęzor - jęzorowi nie równy.
Dlaczego tak bardzo zniesmaczona jestem wywalonym językiem Milej Cyrus,
a nie drażni mnie jęzor na logo Rolling Stones.
Postanowiłam postudiować temat, żeby zrozumieć swoje odczucia.
Skąd się wzięło logo Stonsów?
Twórcą słynnego logo jest Jon Pasche, zawsze myślałam, że
Andy Warhol (człowiek przy okazji dowie się czegoś ciekawego).
Jagger pokazał grafikowi zdjęcie hinduskiej bogini Kali, która jest przedstawiana
z długim czerwonym językiem.
"Język miał reprezentować antyautorytarne podejście zespołu,
wielkie usta Micka, a także budzić oczywiste seksualne skojarzenia.
Zaprojektowałem to logo w taki sposób, by dało się je łatwo reprodukować,
a także by - w moim zamierzeniu - mogło przetrwać próbę czasu"
- opowiadał John Pasche.
Mówi też, że stając twarzą w twarz z Jaggerem, pierwsza rzecz na jaką zwrócił
uwagę "był rozmiar jego ust".
Wydaje mi się, że różnica w "jęzorach" polega na tym, że Jaggerowi o coś chodziło,
chciał w swoich utworach  przekazać jakąś treść coś co dotykało
jego pokolenie, oddał klimat tamtych czasów.
Pooglądałam zdjęcia Jaggera i znalazłam dosłownie jedno zdjęcie
z językiem poza "wrotami ust", może za słabo szukałam.
Po za tym jęzor Stonesów jest rysowany, stylizowany jest znakiem
firmowym zespołu, który oparł się próbie czasu.
Miley Cyrus nad językiem nie panuje.
Powiedziała w wywiadzie:
         "Ja czuję się zawstydzona i zażenowana, gdy pozuję do zdjęć.
          To prawda. Jestem tak zażenowana, że po prostu nie wiem, w jaki sposób
          mam się uśmiechać. Pokazuję język, bo nie wiem co innego mogłabym zrobić".
Średni potomek twierdzi, żebym się nie czepiała bo dziewczyna dość dobrze
śpiewa jest młoda i może dorośnie.
W końcu Stonesi to też nie byli grzeczni chłopcy.
No nie wiem, po czepiam się jeszcze, wydaje mi się, że prowokacja artystyczna
powinna mieć jakiś cel, a nie tylko zwykłe pokazanie mi języka przez
zażenowaną nomen omen artystkę.
                             
           We włoskim mieście Bolzano, sprzątaczka posprzątała instalację artystyczną,
           spakowała "eksponaty" do czarnych worków i dokładnie umyła podłogę, ja też bym                                                                  bardzo dokładnie posprzątała...    

                                                            Zadziwiona Kurodoma.




środa, 4 listopada 2015

Podpowiadam nowemu ministrowi....

Siedzę i po raz nie wiem już który, wypisuję na karteczce
leki które potrzebuje prababcia.
Potem grzecznie podreptam do przychodni i zostawię
karteczkę w rejestracji.
Następnego dnia grzecznie podreptam do przychodni
i odbiorę receptę z którą grzecznie podreptam do
zaprzyjaźnionej apteki odebrać siateczkę leków.
Prababcia mieszka z nami już jakiś czas w ciągu tego
czasu przepisy się zmieniały trzy razy.
Raz lekarz receptę mógł przypisać na podstawie karteczki,
następnie zmiana, trzeba było stawiać się na tak zwaną wizytę
recepturową, po jakimś czasie powrót i możemy znowu
nosić karteczkę, chocholi taniec.
A może tak w XXI wieku elektronicznych wynalazków,
komputerów, elektronicznego podpisu ułatwić, a nie utrudniać.
Prababcia ma leki stałe musi je brać do końca życia, więc
może stałe zlecenie do apteki z zastrzeżeniem, że pacjent
ma się stawić do lekarza co jakiś określony czas, o czym
przypomina pan farmaceuta z osiedlowej apteki, a jak
pacjent się nie stawi to lekarz wydawanie leków wstrzyma.
Kolejek mniej, pacjent ma mniej tuptania to tu to tam.
Reforma przećwiczona w praktyce.
Leki kupuję zawsze w jednej zaprzyjaźnionej osiedlowej
aptece. Pan farmaceuta zaprzyjaźniony z lekarzami z naszej
przychodni nie robi problemu jeśli recepta źle napisana
sam załatwia poprawkę z lekarzem.
Jeśli się zagapię i zabraknie mi leku sprzedaje mi lek, receptę
donoszę później.
Brakuje tylko jednego ruchu "stałe zlecenie do wybranej przez pacjenta apteki".
To idę za ciosem i podpowiadam.
Kiedyś była mowa o szpitalach pielęgniarskich, albo dziennych.
Prababcia ma tyle schorzeń, że chcąc ją od czasu do czasu
przeskanować lekarz musi wypisać skierowania do kardiologa,
cukrzyka, okulisty, laryngologa, naczyniowca, endokrynologa,
nefrologa, neurologa (chyba o kimś zapomniałam).
Potem ja muszę załatwić wizyty, zapamiętać, dopilnować terminów.
Potem wizyty i plik skierowań na badania.
I znów terminy, wizyty itd.
Pomnóżmy razy dwa bo prababcie są dwie.
A może tak zwany oddział dzienny geriatryczny odwożę rano,
odbieram wieczorem?
Albo szpital pielęgniarski, lekarz danej specjalizacji
dochodzący?
Ale się rozmarzyłam.
Teraz odbywa się to tak, przynajmniej raz na pół roku.
 Prababcia zaczyna się na coś uskarżać, warianty są dwa:
1/ Wzywamy karetkę, prababcia ląduje na ostrym dyżurze
    przebadana, albo ląduje w domu, albo zostaje w szpitalu
    celem dalszej diagnostyki. Po tygodniu wychodzi
    z plikiem badań w ręku.
2/ Idziemy do przychodni, zaprzyjaźniony lekarz mruga okiem,
     wzywa karetkę i potem jak wyżej.
Podsumowując, karetka wezwana do przypadku nie do końca
w potrzebie, miejsce w szpitalu zajęte nie do końca dla pacjenta
w nagłej potrzebie, koszt hospitalizacji, koszt karetki, emocje
prababci, moje całodzienne siedzenie na korytarzu lub codzienne
latanie do szpitala, koszty, koszty....
Wybaczcie, ale wyrzuty sumienia mnie nie dręczą najważniejsze
zdrowie prababci i moje psychiczne bo kto się zajmie seniorką.
Gdyby istniało coś takiego jak oddział dzienny z wyposażeniem
zawiozłabym prababcie raz na pół roku i co?
Ano - odciążony lekarz pierwszego kontaktu, odciążona przychodnia
specjalistyczna, odciążony opiekun, odciążony oddział ratunkowy,
odciążone oddziały szpitalne.
Pomnóżcie to przez ilość starych schorowanych, ale stabilnych ludzi,
których przybywa, którzy tułają się po przychodniach, specjalistach
zajmując miejsce tym starym i młodym, którzy potrzebują
szybkiej diagnozy i szybkiego leczenia.
Sztukę poruszania się po systemie opieki zdrowotnej mam opanowaną do
perfekcji i jakoś zawsze umiem uzyskać pomoc nawet
w sytuacjach podbramkowych dla moich bliskich.
Łatwo łapię kontakt nawet z najbardziej wszechwiedzącym
lekarzem i opryskliwą pielęgniarką.
Kosztuje mnie to trochę zdrowia psychicznego i godności,
ale wyjścia nie ma.
Muszę kiedyś opisać nasze przejścia medyczne z najmłodszym
potomkiem może to komuś pomoże?
I jeszcze, kiedy w mojej rodzinie pojawia się choroba to oprócz
stresu związanego z lękiem o najbliższych opanowuje mnie
stres związany z wyobrażeniem siebie pokornie siedzącej i czekającej.
Moje skojarzenie lekarz - stołeczek - czekanie - pokora.

                                 Lekarz do lekarza:
                         - Mam dziwny przypadek.
                        Pacjent powinien już dawno zejść a on zdrowieje.
                        Kolega:
                        - Tak,... czasem medycyna jest bezsilna.
                           

                                      Zadziwiona Kurodoma.


wtorek, 3 listopada 2015

Dobra zmiana?

Koniec przyczajki i ściemniania, wątpliwości rozwiane,
rząd tworzy się w gabinecie Pana Jarosława Kaczyńskiego.
Nad rządem pracuje kwartet powołany przez partię:
panowie Kaczyński, Błaszczak, Lipiński, Brudziński.
Będzie nami rządzić komitet polityczny jedynie słusznej
partii, ja już żyłam w czasach jedynie słusznej partii.
Czyli pani Szydło będzie tzw umyślną, będzie biegała
z gabinetu wodza do rządu i przenosiła wytyczne
dla poszczególnych ministrów.
To o czym będzie decydował rząd?
Rozkaz przyszedł z góry, trzeba wykonać, a nie gadać.
Samodzielność ministrów żadna.
Okazuje się, że pani premier będzie brała pieniądze
za nic, bo decyzje będą zapadały gdzie indziej.
Wspaniały stwierdził, że on może za połowę jej pensji
przejąć rolę gońca i nadaje się doskonale do tej pracy.
Koniec czajenia się Jarosław mocną dłonią chwycił karty
i rozdaje.
Panie prezesie odwagi niech pan zostanie premierem,
elektorat nie takie rzeczy zapomniał i wybaczył.
PiS prowadzi podprogową reklamę swoich rządów.
Od momentu zwycięstwa jak mantrę politycy jedynie
prawi i sprawiedliwi powtarzają, a raczej mantrują
to będzie dobra zmiana, dobra drużyna, dobra zmiana, dobra drużyna.....
Po pomyśle 500 PLN na każde dziecko, słyszymy
o opodatkowaniu sklepów wielkopowierzchniowych, O.K.
Tylko jak ja słyszę, że ma to dotyczyć sklepów od 250 m kwadratowych,
czyli np dwóch naszych ulubionych jak najbardziej polskich sklepów
osiedlowych, nie powiem co na ten temat powiedzieli właściciele.
Mój najmłodszy potomek właśnie się dowiedział, że jego studia licencjackie
są guzik warte i, że załapie się na trzecią w jego młodym życiu
reformę edukacji.
Może to tylko przekłamania i opamiętanie przyjdzie wraz z odpowiedzialnością.
Ale ja jak stary słoń pamięć mam dobrą i pamiętam co się działo
jak pan Jarosław Kaczyński był premierem i jak pan Lipiński
kusił posłankę Beger.
Tak bardzo chciała bym uwierzyć w "dobrą zmianę", wejść pod stół i odszczekać
wszystkie swoje obawy, ale ja na reklamę jestem odporna i jak
napisałam rzadko kupuję nachalnie reklamowane towary.

                           
                                Pani Szydło dała swoją twarz, a czy wyjdzie z tego z twarzą?

                                                Zadziwiona Kurodoma.

poniedziałek, 2 listopada 2015

Ile kosztuje dziecko?

W dawnych socjalistycznych czasach teściowa mojego wujka wyjechała do RFN.
Miała trójkę nieletnich dzieci po dostaniu obywatelstwa,
przyjechali samochodem na wakacje do Polski.
Markami szastali, wódeczka się lała. nawet prosiak pieczony był.
Przyjechali i  opowiadali.
On pracował jako dozorca w kilku domach.
Ona nie pracowała. Dlaczego?
Bo jak ma się dzieci to można żyć z zasiłku.
Dwójka z tych dzieci nigdy nie podjęła pracy
i żyła z zasiłku.
Nie wiem jak jest teraz, ale wtedy tak było.

Sztandarowe hasło wyborcze PiS 500 PLN na każde dziecko,
ma wg planów partii spowodować, że będzie się rodziło więcej dzieci.
(Niemcy płacą zasiłki i mają problem demograficzny).

W jakich rodzinach będą się rodzić dzieci za 500 PLN?
Nie wątpię, że są rodziny które te pieniądze wykorzystają
rozsądnie, ale czy człowiek odpowiedzialny zdecyduje się na dziecko
tylko dlatego, że dostanie od państwa 500 PLN ?
A co będzie jak państwu zabraknie i nie da?
Chciałabym wierzyć, że nie ma ludzi którzy
policzą sobie, że można mieć dzieci tylko dlatego
żeby dostać ten dodatek.
Czy dziecko patrząc na niezaradnych rodziców żyjących
z zasiłku nie powieli ich zachowań.
Były robione badania, z których wynika, że bezrobocie
bywa dziedziczne, ponieważ szukanie pracy jest nieopłacalne.
Wydaje się rozsądniejsze dopłacanie do przedszkoli, odżywek.
pieluch, ubranek, zajęć poza lekcyjnych.
Dopłacanie pracodawcom zatrudniających młodych na starcie.
Danie 500 stów każdemu komu urodzi się drugie dziecko
niczego nie załatwi oprócz dziury w finansach państwa.
Bogatsi tych pieniędzy nie zauważą, biedniejszym na pewno nie wystarczą,
a dzieci urodzone w rodzinach patologicznych poniosą  konsekwencje
tego, że państwo chciało "kupić od obywatela dziecko za 500 PLN".
Polityka prorodzinna powinna polegać na ułatwianiu młodym
ludziom znalezienia pracy, zdobycia mieszkania, dostępności
do przedszkoli, tańszych odżywek, mleka, pieluch itd.
Pamiętam, że w czasach "realnego socjalizmu" wcale nie fajnych,
na starcie w dorosłość wiedziałam, że będę miała pracę, kokosów
nie będzie, ale praca tak, będzie przedszkole i kolonie.
I tak było, po studiach od razu znalazłam pracę.
Więc decyzja o posiadaniu dzieci była naturalna i oczywista.
Oczywiście później przyszły inne czasy i inna rzeczywistość.
Jeszcze usłyszałam, że jeśli pieniądze nie będą wydawane zgodnie
z przeznaczeniem to zostaną odebrane.
Co to znaczy zgodnie z przeznaczeniem?
Będzie jakaś lista na co można wydać pieniądze.
Rozumiem, że na chlanie nie, na książkę dla mamy też nie,
dla dziecka tak, a kto i jak sprawdzi na co jest przeznaczane
te 500 PLN.
Może dawać te pieniądze na podstawie rachunków przedstawianych
przez rodziców. Zatrudni się trochę urzędników machina ruszy,
trochę będzie kosztowało, ale damy radę.
Ciekawe czy rachunki za spirytus do smarowania pępka
też będą uznawane?
                     
A jak nie damy to też damy, a winni będą inni...


                                             Zadziwiona Kurodoma

niedziela, 1 listopada 2015

Nauczyciel ma moc, czy o tym wie?

Ludzie mówią, mówią, mówią, ale czy zdają sobie sprawę z mocy jaką
moją zwykłe słowa.
Słowa mogą ranić, ograniczać, pozbawiać motywacji, stygmatyzować.
ale mogą też cieszyć, pocieszać, motywować, dopingować...
Słowo to potęga, czy człowiek zdaje sobie sprawę z tego jaką potęgą
dysponuje?
                 "Gdy emocje już opadną
                  Jak po wielkiej bitwie kurz
                  Gdy nie można mocą żadną
                  Wykrzyczanych cofnąć słów"
Słowa nie muszą być wykrzyczane można je wysyczeć, powiedzieć
wszechwiedzącym tonem, albo bardzo miłym głosem dowalić komuś.
Czasami ktoś bezmyślnie "chlapnie" coś drugiemu i nawet się
nie zastanowi jaki skutek przyniesie użyte przez niego "słowo".
Każdy powinien się dwa razy zastanowić, każdy, a szczególnie nauczyciel.
Pamiętam jak moja pani wychowawczyni w liceum przed maturą na lekcji
kazała każdemu wstać i powiedzieć na jakie studia się wybiera.
Kurodoma wstała i powiedziała, że chce studiować filologię polską
albo prawo.
Na co pani "wychowawczyni" stwierdziła przy całej klasie, że Kurodoma
nie nadaje się w ogóle na studia bo nie ma wyobraźni - sic!
Skrzydła opadły, samoocena padła do stóp pani profesor.
Na studia poszłam, nie takie jak chciałam bo przecież się nie nadaję.
Kilka słów powiedziane do młodego człowieka potrafi zmienić jego
ścieżkę życiową.
Tyle lat minęło szkoła materialnie się zmieniła są lepsze budynki,
lepsze ławki i sale gimnastyczne, ale jak dba się o to, żeby do zawodu
nauczyciela nie trafiali ludzie bez predyspozycji.
A jak już trafią, żeby byli eliminowani.
Każde z moich dzieci na swojej drodze edukacyjnej trafiło na takiego
nauczyciela, który nauczycielem nie powinien być.
Pani od matematyki mojego najmłodszego potomka na uwagę
jednej z mam, że może należałoby podejść  do młodych ludzi
z odrobiną serca stwierdziła " ja serca nie mam, u mnie liczą się fakty".
Wszyscy mają pani matematyczki dość i dyrekcja i rodzice.
Pani uczy dalej, łamie kolejne życiorysy.
Z mojego doświadczenia wynika, że tak postulowana współpraca
szkoły z rodzicami polega na tym, że ja siedzę na wywiadówce,
a pani nauczycielka wymienia za co i ile zapłacić, przeczyta
z kartki wg jakiego klucza dzieci będą oceniane, a potem
tekst "proszę państwa dzieci się nie uczą".
A dlaczego się nie uczą?
Czy tylko ja mam takie wrażenie, że kiedyś korepetycje
dawało się dzieciom które nie nadążały, a teraz cała klasa
najmłodszego jechała na korepetycjach i to nie tylko przed
maturą, ale przez całe trzy lata liceum.
Jako rodzic zainteresowany edukacją swojego dziecka
nie miałam, żadnego wpływu na to kto i jak uczy moje dziecko,
zawsze czułam się jak namolny petent, który nie wiadomo po co
wtrąca się i nie przyznaje do winy.
Bo przecież to wina rodziców, że dzieci się nie uczą.
Ciekawe tylko, że jak pokochali pana od historii to wszyscy
stawiali się na lekcje, wagarów nie było i nawet się uczyli "wbrew
woli rodziców".
Słyszę, że planowana jest kolejna reforma szkolnictwa.
Zlikwidują gimnazja, każą czytać inne lektury, dodadzą
jakieś przedmioty, jakieś zabiorą i co z tego, będzie lepiej
z edukacją?
Jak - niech mi ktoś powie jak - zreformować nauczycieli?

                    Nauczyciel wchodzi wściekły do klasy i mówi
                 - Wszyscy idioci proszę wstać! Wstaje tylko Jaś.
                 - Dlaczego uważasz się za idiotę? - pyta nauczyciel.
                 - Nie uważam. Tylko mi się pana żal zrobiło, jak pan tak sam stoi.